[27.08.2016] Rumunia #8 – W drodze przez Maramuresz

Ostatni dzień w Rumunii zaczynamy od krótkiego spaceru po Baia Mare. Miasto o poranku jest jeszcze uśpione, ruch jest niewielki, ale generalnie sprawia przyjemne wrażenie. Na nic więcej poza krótkim spacerem nie mamy szans, bo czeka nas dziś długa droga przez Maramuresz.
Pierwszym celem podróży jest wioska Șurdești, która słynie z XVIII wiecznej drewnianej cerkwi z jedną z najwyższych wież w Europie. Budowla jest naprawdę imponująca. Dodatkowo mamy szczęście, bo na miejscu spotykamy parę turystów, którzy załatwili sobie zwiedzanie wnętrza – również płacimy za wstęp i wchodzimy do środka. Niestety wykonywanie zdjęć jest niedozwolone, więc staramy zapamiętać się jak najwięcej. A jest co – klimat wnętrza jest niesamowity – bogaty ikonostas, wytwory sztuki ludowej. Wszystko okopcone dymem ze świec, ich zapach, wszystko do daje niesamowite poczucie realności. Tego, że nie jesteśmy w muzeum, ale w żywym, działającym obiekcie.

cerkiew w Șurdești

Następny przystanek: Budești. Tutaj również cerkiew warta zobaczenia. dodatkowo otoczona starym cmentarzem i wsią, która przypomina żywy skansen. Drewniane domostwa, charakterystyczne dla regionu imponujące bramy, a przy tym miejscowa ludność chodząca w strojach ludowych (i to wcale nie od święta!). Inny świat. Cerkiew nie jest  tak strzelista jak ta w Șurdești, ale również warta odwiedzenia. I można wykonywać zdjęcia we wnętrzu! ;)

cerkiew w Budești cerkiew w Budești Budești Maramuresz - mieszkańcy

Chwilkę kręcimy się po okolicy, ale czas goni, wiec ruszamy dalej na północ, w kierunku klasztoru Bârsana. Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z dużym kompleksem klasztornym utrzymanym w stylu, który reprezentowały dwie cerkwie w których byliśmy wcześniej. Ale ale… coś tu jednak nie pasuje. Jest niemal sterylnie czysto, widać wielu turystów. Zagadka wyjaśnia się dość szybko. Otóż cały kompleks jest nowy, bo wybudowany dopiero w 1994 roku. Utrzymany w tradycyjnym stylu, ale widać, że świeży, niezużyty, nie niosący ze sobą bagażu historii. Aczkolwiek warto odwiedzić i to miejsc, bo spacer pomiędzy klasztornymi zabudowaniami, pośród pięknych widoków jest rzeczą niezwykle przyjemną.

klasztor Bârsana

Ruszamy dalej. Pomiędzy wsiami jedziemy bocznymi drogami podziwiając zapierające dech w piersiach widoki – naprawdę jest co podziwiać. Okolica jest niezwykle malownicza – co jakiś czas zatrzymujemy się, aby uwiecznić „pocztówkowe widoki”.

Maramuresz Maramuresz Maramuresz

Docieramy na północne rubieże Rumunii, do granicy z Ukrainą, przejeżdżamy bez zatrzymania przez Syhot Marmaroski (trochę mi szkoda, ale czas goni) i jedziemy w kierunku wsi Săpânța w której znajduje się niezwyczajny cmentarz. Miejsce w obecnej formie powstaje od 1935 roku – wtedy lokalny artysta-rzeźbiarz Stan Ioan Pătraş rozpoczął charakterystyczne ozdabianie stawianych tam nagrobków. Prawie na każdym oprócz płaskorzeźby przedstawiającej nieboszczyka umieszczony jest krótki wiesz-epitafium mówiące o jego życiu, a czasem również o tym jak zostało ono zakończone. Dwa takie przetłumaczone epitafia można znaleźć na blogu Stacja Filipa we wpisie dotyczącym wesołego cmentarza. Widać, że miejsce stało się popularne, bo okoliczne ulice są oblepione straganami niczym okolice kościoła podczas odpustu, turystów również nie brakuje.

Săpânța - wesoły cmentarz Săpânța - wesoły cmentarz Săpânța - wesoły cmentarz Săpânța - wesoły cmentarz

Z Săpânțy kierujemy się w stronę Satu Mare, gdzie zjadamy obiad (knajpka zupełnie przeciętna, bez historii, wiec nie ma czego polecać), a niedługo potem opuszczamy Rumunię i wjeżdżamy na Węgry. Przez Węgry jedziemy niczym pijani (tj. zygzakiem :P), odwiedzając dworce autobusowe w miejscowościach: Mátészalka, Nyírbátor oraz Nyíregyháza. Tuz przed zmrokiem wpadamy na krótki spacer do miejscowości Tokaj (znajoma nazwa c’nie?), a po zapadnięciu ciemności dojeżdżamy do wioski w której zamierzamy nocować, tj. Erdőbénye.
Nocujemy w miejscu o nazwie Turján Vendégház u niezwykle serdecznych młodych gospodarzy, którzy trudnią się wyrobem wina (w tej okolicy to nic dziwnego), a dodatkowo oferują noclegi w fantastycznych warunkach. Piękne miejsce, ze wszech miar godne polecenia (a placki ziemniaczane ze śmietana przygotowywane przez właścicielkę na śniadanie to mistrzostwo świata :) ). Oczywiście można również zaopatrzyć się w wino, co również uczyniliśmy przez wyruszeniem kolejnego dnia w drogę.

Ostatni dzień naszej wyprawy nie zasługuje na osobny wpis, wiec streszczę go tutaj. Prawie cały spędziliśmy w aucie – jechaliśmy przez wschodnie Węgry i Słowację, czasem fotografując jakiś autobus, a potem przez Polskę, słuchając informacji o korkach (w końcu to końcówka wakacji szkolnych). Z ciekawych zdarzeń można wspomnieć o marszrucie jaką wytyczył nam Yanosik w drodze do domu – omijając korki trafiliśmy na przeprawę promową na Wiśle. zawsze to jakaś atrakcja w tym jednak dość nudnym i monotonnym dniu…

Po tym tygodniu w Rumunii wiem, ze chętnie wrócę jeszcze do tego ciekawego kraju (zresztą uczyniłem to prawie 2 miesiące później, ale o tym w swoim czasie). Ania miała mieszane uczucia, ale po tych kilku dniach przekonała się, że wcale nie żyją tam „białe niedźwiedzie”… :P

[26.08.2016] Rumunia #7 – W drodze przez Siedmiogród

Z Braszowa ruszamy skoro świt. Przed nami długa droga. Dziś naszym celem jest Baia Mare. Ale nie sam cel jest najważniejszy, a punkty pośrednie, które do niego nas poprowadzą. Dziś „na tapecie”: Sighișoara, warowne kościoły, Kluż oraz malowniczy Maramuresz.

Zaraz po śniadaniu ruszamy w trasę. Drogą krajową numer 13 w jedziemy kierunku Sighișoary, ale w miejscowości Rupea skręcamy na lokalną drogę 105A, a później na jeszcze bardziej lokalną (nie ma tu asfaltu!) drogę 104L, która dojeżdżamy do wioski Viscri. Wieś ta, założona i dawniej zamieszkała przez osadników Saskich może poszczycić się kościołem warownym znanym jako „biały kościół”. Oczywiście kompleks świątynny jest główną atrakcją wioski, ale również sama osada robi bardzo przyjemne wrażenie. Zabudowa jest zwarta, kolorowa, ciesząca oko. Nic dziwnego, że cała wieś znajduje się na liście UNESCO. Parkujemy samochód w centrum wsi i korzystając z pięknej pogody udajemy się spacerem w kierunku kościoła. Brama prowadząca za kościelne mury jest zamknięta, ale oczekuje paru turystów – okazuje się, że ponoć za moment ma przyjść ktoś kto otworzy wrota. Mamy szczęście! Po ok. 30 minutach przychodzi staruszka z kluczami, otwiera bramę i sprzedaje bilety wstępu. Mam podejrzenia, że to jedna z potomkiń Sasów zakładających wioskę – zagaduję po niemiecku, ku wyraźnemu zadowoleniu kobiety, która również biegle włada tym językiem. Przez kilkadziesiąt minut spacerujemy po niesamowitym obiekcie – jest niezwykle naturalny, zachowany w dobrym stanie, ale nie „odpicowany na błysk”. Fantastyczne miejsce.

Viscri Viscri Viscri Viscri Viscri Viscri Viscri ViscriZ Viscri wracamy (tempem takim na jakie pozwala stan lokalnej drogi) do głównej trasy i jedziemy do Sighișoary. Tu jest zdecydowanie mniej kameralnie – turystów widać na każdym kroku. Są też liczne wycieczki zorganizowane. Ale ma to swoje uzasadnienie. Tutejsze Stare Miasto, dobrze zachowane również znajduje się na liście UNESCO. Wchodzimy w obszar starówki przez bramę zegarową z 1556 roku, mijamy dom w którym urodził się Drakula, chwile kręcimy się po staromiejskich uliczkach, aby na koniec poprzez długie kryte schody wdrapać się na górę na której stoi bazylika św. Mikołaja. Czas ucieka nieubłaganie, a przed nami jeszcze daleka droga, więc odpuszczamy sobie dokładne penetrowanie miasta i wracamy do auta. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że bardziej podobał nam się sielski spokój w Viscri niż tętniąca życiem Sighișoara.

Sighișoara - brama zegarowa Sighișoara - kryte schody - dobry plener na sesję ślubną :) Sighișoara SighișoaraPóźnym popołudniem docieramy do Klużu. Totalnie nie mamy czasu na zwiedzanie (chyba trochę zbyt ambitny program wybraliśmy na dziś :P), więc zaliczamy program minimum składający się z trzech (dla większości pewnie nieoczywistych :P) punktów: kościół św. Michała (największy kościół w kraju, datowany na XIV-XV w., zbudowany w stylu gotyckim), obiad oraz zdjęcie tramwaju PESA Swing :P. Chętnie zostalibyśmy w Klużu dłużej, ale czekało nas jeszcze 150km do Baia Mare, do którego ostatecznie dojechaliśmy długo po zachodzie słońca. Ogólnie tego dnia zrobiliśmy prawie 700km…

Kluż - Pesa SwingAha, w Baia Mare serdecznie polecamy Hotel New – bardzo dobre warunki za przyzwoitą cenę :)

A na deser dwa obrazki z drogi…

nie wszędzie samochód to podstawowy środek transportu... (troche nieostre - wykonywała Ania z jadącego samochodu) przydrożny warsztat (troche nieostre - wykonywała Ania z jadącego samochodu)

 

[25.08.2016] Rumunia #6 – Przez góry do Braszowa

Poranne powietrze w Ploiești jest ciężkie, duszące. Wrażenie jest takie, jakby zostać zamkniętym w garażu razem z uruchomionym samochodem. Niefajnie. Nie wiemy czym to było spowodowane (podejrzewamy miejscowe rafinerie), ale uciekamy z miasta czym prędzej.

Pierwszy przystanek robimy w miejscowości Sinaia, jednego z dwóch głównych (obok Busteni) głównych kurortów gór Bucegi. Miejscowosć wydała nam się tłoczna, więc od razu pojechaliśmy do dolej stacji kolejki linowej (Gondola Sinaia), która wywiozła nas na wysokość ok. 2000 m n.p.m. Wybór kolejki okazał się strzałem w 10. Widoki, które zastaliśmy na górze zapierały dech w piersiach, krajobraz był niezwykle przestrzenny (szczytu gór nie są zalesione), a duża przestrzeń powodowała, że turystów nie wydawało się wielu… Zdecydowanie warto, polecam. W dodatku góry wydawały się przyjazne pod katem turystyki pieszej. Więc może coś, kiedyś… ;)

Munții Bucegi Munții Bucegi Munții Bucegi Castelul PeleşPodczas zjazdu kolejką wypatrujemy Pałac Peleş  jeden z symboli Sinai. Postanawiamy również i jego „zaliczyć”. Niestety turystów jest tak wielu (policja zablokowała drogę dojazdową), że mając na uwadze ograniczone ramy czasowe postanawiamy odpuścić. Drogą 1, a następnie 73A kierujemy się w stronę miejscowości Râşnov, słynącej z dużego zamku górującego nad jej zabudowaniami. Przed zamkiem, na zboczu, w iście hollywoodzkim stylu ustawiono napis z nazwą miejscowości  to tez zapada w pamięć. Parkujemy samochód pod świeżo wyremontowanym głównym placem miejskim i funikularem wjeżdżamy na zamek. Widok jest ładny, ale oczywiście nie tak spektakularny jak w górach :). Choć sam zamek jest efektowny, a w dodatku w obrębie jego murów mieszczą się zabudowania w których są sklepy z pamiątkami oraz rękodziełem. Panuje tam sympatyczny klimat.

Râşnov Râşnov Râşnov

Z Râşnova mamy już tylko rzut beretem do Braszowa. To dobrze, bo zrobiło się już późne popołudnie. Okaże się, ze czasu na zwiedzanie tego pięknego miasta zostanie nam bardzo niewiele.. Rzutem na taśmę zdążymy przejść się po starym mieście i zobaczyć w biegu najważniejsze zabytki. Na wjazd kolejką na punkt widokowy na górze Tâmpa czasu już nie starczyło :( (nie mówiąc już o braszowskich trolejbusach). Generalnie mam duży niedosyt tego miasta i chętnie bym tam jeszcze wrócił…

Brașov Brașov Brașov

W Braszowie nocowaliśmy w Pension Casa Samurai – niby ok, ale następnym razem szukałbym jednak innej miejscówki…